recenzja

Zniszczenie i odnowa (Leigh Bardugo)

Emocje zwinęły mnie w pół i zagrały na mnie marsza.

Zadziwia zdolność Leigh Bardugo do przesuwania linii własnych możliwości. Porównując tom pierwszy i trzeci, to niczym niebo a ziemia. Ostatni tom trylogii Griszy jest pasjonujący i próżno w nim szukać naiwności czy prostoty.

Czytałam ten tom dla ostatnich kilku chwil. Był niczym lina rozpięta tak sztywno, że drgała od najmniejszego powiewu wiatru. Tak czułam się, zastanawiając się, jak na dalibora autorka rozplącze ten węzeł. Zakończenie było porywające, a droga do niego zdecydowanie warta paru obgryzionych paznokci.

Zawsze jednak przy czytaniu książek z dość sporą liczbą głównych postaci, wybieram jako ulubioną tą, która najbardziej pałąta się na końcu. Tak więc… zrozumiałam lepiej Alinę – choć nie zdołałam jej pokochać – Mal jak zwykle otwierał w mojej kieszeni scyzoryk zagłady, a moim ulubieńcem stał się… Harshaw. Wraz z kotem i wygolonym rudym fryzem, dosłownie skradł mi moje czarne serce.

Oby więcej takich przygód w świecie griszów.
Leigh, pisz!

Ah. I końcowe opowiadanie. Piękne. Proste, ale piękne.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *