recenzja

Wojna makowa (Rebecca F. Kuang)

Rin pozostały dwa wyjścia – oddać swe życie w ręce majaczącego na horyzoncie, o wiele starszego męża, albo zacząć uczyć się tak, że nikt już więcej nie będzie nią pomiatał, a jej umysł i umiejętności pozwolą zapanować jej nad swoim życiem – i każdym wrogiem, który stanie jej na drodze.

Ścieżka wiedzy jest wyboista, trudna i płaci się na niej bólem, strachem i upokorzeniem. A za nią, na końcu drogi czeka Feniks, by spopielić świat.

„Wojna makowa” to literacka perfekcja. Jest pięknie napisaną, bogatą językowo i bardzo wciągającą opowieścią o odkrywaniu siebie, bogach i cenie ich pomocy, o nauce i jej trudach, o determinacji i sile.

Rin jest bardzo skomplikowaną postacią. Nie da jej się lubić, ma pełno wad, pełno słabości – ale jest tak ludzka, tak zwyczajna. I tak boleśnie uparta, gotowa znieść każdy ból, byleby dopiąć swego celu.

Jest też pewna postać, która przypomniała mi książki Pata Rothfussa z cyklu Kronik Królobójcy – mistrza Elodina, do którego bardzo podobny jest mistrz Jiang z „Wojny makowej”. I jest to moja ulubiona postać z książki. Kocham tajemniczych, z pozoru szalonych i nieokiełznanych wiedzących, którzy uczą przez zagadki i nigdy nie pobłażają uczniom, rozciągając ich umysły za pomocą ćwiczeń logicznych – jak i często kompletnie nielogiczych.

Książka jest brutalna, krwawa i okrutna. Świat „Wojny makowej” jest objęty pożogą wojny od stuleci, z krótkimi okresami pokoju, podczas których ziemia łaknie krwi na nowo i wybucha kolejna. To świat utraconych marzeń i krótkiego dzieciństwa. Świat okrutnych zmagań i… ognia.

Zwłaszcza ognia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *