recenzja

Tkając świt (Elizabeth Lim)

Maia jest wyjątkową tkaczką. Potrafi wyczarować igłą i nićmi stroje godne cesarza – i tam właśnie prowadzi ją droga, na dwór cesarza Kanujina, by mogła stanąć do konkursu na dworskiego krawca. Dziewczyna jednak musi zataić pewien bardzo ważny fakt – inaczej czeka ją śmierć.

Powieść jest wyjątkowo magiczna i urokliwa. Od turnieju na cesarskiego krawca, po niezwykle wciągającą podróż w poszukiwaniu niebiańskiego światła, jest w tej opowieści czar historii opowiadanych przy ognisku. Zapomniane świątynie i zabójcze próby – wszystko to ocieka prawdziwą magią, niczym płynnym złotem.

I choć jest to raczej lekka książka, pozbawiona epickości Tolkiena czy Sandersona, jest ona także bardzo delikatna, niczym jedwab z którego szyje Maia. Jest opowieścią napisaną w sposób, który urzekł mnie swoją fakturą i splotem.

Także wątek miłosny jest wyważony, nie nachalny i bardzo mi się spodobał, mimo, że zwykle nie przepadam za romansem w literaturze. Bohaterów przyciąga moc silniejsza od pożądania – są tak naturalni w tym jak się do siebie odnoszą, że trudno nie polubić relacji między nimi.

Maia jest silna, oddana rodzinie, zdeterminowana i nie potrafi kłamać. Jest bohaterką szczerą i gotową na poświęcenia. Jest także bardzo dobrze nakreśloną postacią, którą da się lubić i jej kibicować.

Polecam „Tkając świt” ludziom, którzy nie stracili tej cząstki magicznego „ja”. I takim, którzy kochają słońce, księżyc i gwiazdy – i ich blask.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *