recenzja

Dom soli i łez (Erin A. Craig)

To dom rozpaczy i łez, szaleństwa i bólu. A wszystko skąpane blaskiem księżyca i gwiazd, które mogą spełniać życzenia, jak i zsyłać koszmary.

To była niesamowita przygoda. Książkę czytało się jak gotycki horror, ale w fantastycznej oprawie. Niejednokrotnie chciałam przekartkować stronice, by dowiedzieć się szybciej jak to się wszystko skończy, ale wiedziałam, że zniszczę sobie tym samym i dreszczyk emocji i tą roztańczoną zabawę, którą oferowała mi autorka.

Akcja rozkręcała się powoli, tajemnic przybywało, piętrzyły się niczym sterty kamieni na plaży. Rzeczy całkowicie nieodgadnione goniły rzeczy przerażające. Aż do finału, który sprawił, że krew szybciej zaczęła krążyć w moich żyłach.

Gdybym miałam porównać do czegoś tę książkę, byłaby to odrobina Edgara Alana Poe, szczypta Jane Austen, garść gwiezdnych łez i naparstek soli. Tajemnicza, czasami groteskowa, opowieść o bóstwach, z którymi nie warto zadzierać, jak i o morzu, jego sile i wpływie na życie mieszkańców wysp.

Na pewno wrócę jeszcze do tej namacalnie niesamowitej powieści i jestem pewna, że będzie to może całkowicie odmienne, ale nie mniej pasjonujące doznanie.

Niech Pontus strzeże was przed przetańczeniem całej nocy.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *