• recenzja

    Miasto Mosiądzu (S.A. Chakraborty)

    Nahri to złodziejka – złodziejka nawet zadowolona ze swojego życia. Nie pragnie przygód, niebezpieczeństw ani nieznajomych wkraczających w nie z butami. I ani trochę nie przypuszczała, że niewielkie oszustwo i przeprowadzenie trefnego rytuału może tak odmienić jej egzystencję, namieszać w niej i sprawić, że świat nabierze całkiem innych kolorów. Zagubiona na pustyni wraz z dewą, który najwyraźniej ma ją ochraniać, stawia czoła coraz to nowym niebezpieczeństwom, walczy z rzeką i ludźmi nieba. Póki nie stanie przed bramą Dewabadu…

    „Miasto Mosiądzu” to opowieść o dżinnach, dewach, magii, ale także o dworskich intrygach, książętach i mitycznych stworzeniach, a wszystko niezwykle barwnie opisane. Opisy miejsc są bardzo plastyczne i urzekają. Magia przenika tą powieść, jest jak złoty pył obejmujący nas iskrzącą chmurą.

    Ciężar mojego zainteresowania autorka przeniosła głównie na Alego. Nie jest to postać, z którą ktoś chciałby się utożsamiać, jednak jego życie i ciagła walka z samym sobą jest bardzo intrygująca, a sam Ali jest dwuznaczny, odrobinę nieporadny, trochę nie na miejscu, jednak zapałałam do niego natychmiastową sympatią, a jego rozdziały płonęły mi w dłoniach, tak intensywnie czytałam.

    Książka wypełniona jest specyficzną atmosferą, a to co dzieje się pod koniec tego tomu, sprawia, że chce się znacznie więcej.

    Co naprawdę mnie ujęło jednak, to pojawienie się magicznych stworzeń, takich jak ifryty i innego żywiołaki i istoty ze wschodnich legend. Kiedy byłam dzieckiem, uwielbiałam bajki o dżinnach, zaczytywałam się we wschodnim folklorze, tak więc „Miasto Mosiądzu” zafundowało mi nostalgiczny powrót do młodzieńczych lat.

    Książka jest na pewno oryginalna i nieszablonowa. Ma urok, który wciąż trzyma mnie w swoich objęciach.

  • recenzja

    Zniszczenie i odnowa (Leigh Bardugo)

    Emocje zwinęły mnie w pół i zagrały na mnie marsza.

    Zadziwia zdolność Leigh Bardugo do przesuwania linii własnych możliwości. Porównując tom pierwszy i trzeci, to niczym niebo a ziemia. Ostatni tom trylogii Griszy jest pasjonujący i próżno w nim szukać naiwności czy prostoty.

    Czytałam ten tom dla ostatnich kilku chwil. Był niczym lina rozpięta tak sztywno, że drgała od najmniejszego powiewu wiatru. Tak czułam się, zastanawiając się, jak na dalibora autorka rozplącze ten węzeł. Zakończenie było porywające, a droga do niego zdecydowanie warta paru obgryzionych paznokci.

    Zawsze jednak przy czytaniu książek z dość sporą liczbą głównych postaci, wybieram jako ulubioną tą, która najbardziej pałąta się na końcu. Tak więc… zrozumiałam lepiej Alinę – choć nie zdołałam jej pokochać – Mal jak zwykle otwierał w mojej kieszeni scyzoryk zagłady, a moim ulubieńcem stał się… Harshaw. Wraz z kotem i wygolonym rudym fryzem, dosłownie skradł mi moje czarne serce.

    Oby więcej takich przygód w świecie griszów.
    Leigh, pisz!

    Ah. I końcowe opowiadanie. Piękne. Proste, ale piękne.

  • recenzja

    Panowie i Damy (Terry Pratchett)

    Noszą wiele imion. Każde z nich dokładnie je opisuje, jednak…nie do końca. Wieśniacy z Lancre już zapomnieli, czemu wieszali podkowę na drzwiach, dla nich to tylko ludowa tradycja. Wszystko zatarło się w mroku dziejów i nikt, oprócz czarownic nie pamięta już jak to było za dawnych dni.

    Promieniści, Panowie i Damy. Zwane też słowem, którego lepiej nie wymawiać. A na ich czele Królowa, ale przez duże K, nie to co królowa Magrat, która po przyjeździe z wyprawy dowiaduje się, że ma poślubić króla i to bez gadania. Króla, który sprowadza książki o miłości z Ankh-Morpork, a także o uprawie fasoli i (niechcący) o sztukach walki.

    Oj, czarownice się namęczą, gdy głupie młódki otworzą krąg.

    Jak zwykle cykl o wiedźmach – pierwsza klasa. Babcia Weatherwax jak zawsze opanowana i zabójcza, niania Ogg, moja osobista ulubienica, doskonale miesza w kotle wydarzeń, a Magrat Garlick odkrywa bojowego ducha, gdzieś w odmętach zbrojowni. To przez ten wpływ starożytnych królowych, które nie chodzą w skomplikowanych sukniach. A zręczni rękodzielnicy nie potrafią, naprawdę nie potrafią udawać, że grają sztukę.

    Co mi się naprawdę , naprawdę strasznie podoba w tej książce to podejście do elfów. Takie…angielskie. Przecież to tam siedzą Sidhe i nie są to wcale tolkienowskie ideały, tylko okrutne, bawiące się ludźmi byty, które uważają się za istoty wyższe. A ja takie elfy kocham i ubóstwiam i mogłabym czytać o nich cały czas (a myślałam już, że pozostał mi tylko i jedynie „Jonathan Strange i Pan Norrell”). Zatańczycie ze mną? Mam waszych przyjaciół.

    Warta wspomnienia jest sprawa młodości Babci. Ona nawet miała chłopaka (no kto by pomyślał?). I to nie byle jakiego, samego Mustruma. No no, panno Weatherwax, twoje szpony sięgają bardzo daleko. I tak smutno się trochę robi na duszy, gdy pomyśli się, jak mogłaby wyglądać ta miłość Ridcully’ego i Babci. Nawet im. To nostalgiczna podróż w przeszłość, którą Babcia przechodzi zwycięsko.

    Miło też popatrzyć sobie na Myślaka, który stara się wytłumaczyć Nadrektorowi teorię światów równoległych. Jak mógł ten wredny Mustrum z innej rzeczywistości nie pomyśleć nawet o nim, gdy wyprawiał swój ślub? Zasługuje na wszelkie zło, jakie go spotka!

    A pszczoły to survivory. Już nigdy nie podejdę do ula bez szacunku.

  • recenzja

    Oblężenie i nawałnica (Leigh Bardugo)

    Żywiłam nadzieję na lepszą część drugą i ją otrzymałam.


    Alina staje się o wiele silniejsza, bardziej władcza i zaradna, mimo, że jej historia naznaczona jest bolesnym tragizmem. Jej siła staje się zawadą a jej metamorfoza – boleśnie zabiera jej coraz więcej z jej człowieczeństwa.


    Polubiłam Alinę w tym tomie, rozumiem ją bardziej. Już nie jest narzekającą nastolatką, która znazła się wród potężniejszych od siebie i gubi się wśród intryg i knowań. Teraz jest tym, czym zawsze tak naprawdę była – rozdartą pomiędzy dwoma światami posiadaczką mocy, która może tak zniszczyć jak i ocalić świat.


    Wkurza mnie jedna postać i nie jest to bynajmniej Zmrocz. Mal doprowadza mnie do szewskiej pasji. Istnieje w tym tomie by grać mi na nerwach. Różniste fochy, odymania i małe zemsty. Oburzanie się i jeszcze raz foch. Mal także istnieje po to, by można było czym zagrozić Alinie. To potrzebna postać, jednakże. Żeby można było kogoś nie lubić – i żeby nie był to ten zły.


    Warsztat pisarski autorki robi wielki skok naprzód. Opisy są głębsze, bardziej naładowane emocjami, a finał jest naprawdę porywający. Po prostu czuć tę moc, promieniującą ze stronic.


    Ta część jest bardziej skoncentrowana na uczuciach i celach głównych bohaterów, tych nowych jak i starych. Bardzo mi się to podoba, lubię, kiedy mogę poznać postacie dogłębnie, czego nie miałam możliwości zrobić w tomie pierwszym. Widać, że Leigh uczyła się podczas pisania i rozwijała. Jestem teraz pewna, że część trzecia będzie tak asmo dobra, jeśli nie bardziej.

  • recenzja

    Cień i Kość (Leigh Bardugo)

    Zachęcona przecudowną „Szóstką Wron”, która sprawiła, że znowu zamarzyłam o trudnym życiu łotrzyka, sięgnęłam także po debiut literacki Leigh Bardugo.

    I muszę przyznać, że mimo, że nie było żle, jak na debiut, jednak „Cień i Kość” wydaje się jakby napisana przez zupełnie innego autora.

    Kocham i nie lubię

    Historię czyta się wyjątkowo łatwo, wręcz pochłania. Opisy świata, mimo, że nieliczne, są wyjątkowo barwne i malują naprawdę ciekawe obrazy w wyobraźni. Bardzo bardzo podoba mi się magia, która wypełnia książkę, wypływa z niej falami. To sprawiło, że mimo pewnych wad, na pewno zabieram się niedługo za kolejny tom.

    Jednak jest sporo niedociągnięć. Trochę zbyt infantylny styl, ktory później autorce się zdecydowanie poprawił. Główna bohaterka cały czas narzeka, a to u mnie jest pet peeve, ogromny. W zasadzie książka jest zdecydowanie za krótka, jak na taką obiecująca historię, nie mogłam zaprzyjaźnić się z postaciami, poznajemy je bardzo pobieżnie, jakby były tłem.

    Spodziewane niespodziewane

    Ciekawy zwrot akcji w połowie książki, którego trochę się spodziewałam, jednak dobrze było przeczytać coś tak odświeżającego.

    Lubię Ravkę!

    Sam pomysł griszów, ich kast i Zmroczów – świetny. Krainy, wzorowane na tych z naszego świata, także. Ravka bardzo pzypominająca Rosję, Szu Han Chiny i Fjerda nordyckie ziemie. Zazwyczaj autorzy fantasyki czerpię z historii świata, jednak tutaj jest to bardzo dobitne i podoba mi się taki zabieg.

    Jestem prawie pewna, że będzie lepiej

    Chciałabym móc polubić protagonistkę 🙂 Może w kolejnym tomie mi się uda. Będę czytać dalej, bo nie jest to zła książka, miło się przy niej spędza czas i odpoczywa. Po prostu nastawiałam się na wielkie boom, jaki dała mi „Szóstka Wron” i go nie otrzymałam.