• recenzja

    Miasto Mosiądzu (S.A. Chakraborty)

    Nahri to złodziejka – złodziejka nawet zadowolona ze swojego życia. Nie pragnie przygód, niebezpieczeństw ani nieznajomych wkraczających w nie z butami. I ani trochę nie przypuszczała, że niewielkie oszustwo i przeprowadzenie trefnego rytuału może tak odmienić jej egzystencję, namieszać w niej i sprawić, że świat nabierze całkiem innych kolorów. Zagubiona na pustyni wraz z dewą, który najwyraźniej ma ją ochraniać, stawia czoła coraz to nowym niebezpieczeństwom, walczy z rzeką i ludźmi nieba. Póki nie stanie przed bramą Dewabadu…

    „Miasto Mosiądzu” to opowieść o dżinnach, dewach, magii, ale także o dworskich intrygach, książętach i mitycznych stworzeniach, a wszystko niezwykle barwnie opisane. Opisy miejsc są bardzo plastyczne i urzekają. Magia przenika tą powieść, jest jak złoty pył obejmujący nas iskrzącą chmurą.

    Ciężar mojego zainteresowania autorka przeniosła głównie na Alego. Nie jest to postać, z którą ktoś chciałby się utożsamiać, jednak jego życie i ciagła walka z samym sobą jest bardzo intrygująca, a sam Ali jest dwuznaczny, odrobinę nieporadny, trochę nie na miejscu, jednak zapałałam do niego natychmiastową sympatią, a jego rozdziały płonęły mi w dłoniach, tak intensywnie czytałam.

    Książka wypełniona jest specyficzną atmosferą, a to co dzieje się pod koniec tego tomu, sprawia, że chce się znacznie więcej.

    Co naprawdę mnie ujęło jednak, to pojawienie się magicznych stworzeń, takich jak ifryty i innego żywiołaki i istoty ze wschodnich legend. Kiedy byłam dzieckiem, uwielbiałam bajki o dżinnach, zaczytywałam się we wschodnim folklorze, tak więc „Miasto Mosiądzu” zafundowało mi nostalgiczny powrót do młodzieńczych lat.

    Książka jest na pewno oryginalna i nieszablonowa. Ma urok, który wciąż trzyma mnie w swoich objęciach.